Czytelnia

17-9-2009

Ku pamięci mieszkańcom Piotrkowic


Przedstawiamy dwie relacje z czasów II wojny światowej przedstawiające dramat jaki rozegrał się na terenie Piotrkowic. Pierwsza relacja Pana Stanisława Bieleckiego, który niestety nie napisał daty kiedy to wydarzenie spisał i druga relacja z książki Pani Agnieszki Barłóg pt: „Przystanek Agata”. Jeśli by ktoś słyszał o tym wydarzeniu lub też mógł coś nowego wnieść proszony jest o przysłanie informacji na nasz adres: loreto@karmel.pl
 
 
Krwawy dramat w Piotrkowicach
Smutno i z niewytłumaczoną trwogą szły w piątek dnia 17 marca 1944 r. gromadki ludzi na nabożeństwo drogi Krzyżowej do kościoła w Piotrkowicach. I nie przeczuwając, że za chwilę będą świadkami innej drogi krzyżowej, która im zmrozi krew w żyłach. Jeszcze nie przebrzmiał żałobny dźwięk sygnaturki, gdy wtem dał się słyszeć szum zbliżających się samochodów. Za chwilę zajechała na plac kościelny kolumna aut osobowych i trzy odkryte ciężarówki, na których pod silną eskorta przywieziono 30 skazańców z więzienia kieleckiego. Byli powiązani po dwóch, ręce z tyłu mocno skrępowane. Na twarzach ich było widać ślady przebytych katuszy i mąk. Czternastu z nich zwleczono z samochodu i poprowadzono na cmentarz grzebalny odległy o 200 metrów od kościoła. Szesnastu zostawiono na wozach. Mieli oni być świadkami tego, co ich czeka za niedługi czas w Chmielniku na cmentarzu żydowskim. Tak 14 męczenników odbywało swoją drogę krzyżową na cmentarz Piotrkowicki. Szli na śmierć za Polskę, za jej wolność, za jej przyszłe pokolenia. Szli na swoją Golgotę pod bramę cmentarną., gdzie ich rozdzielono na dwie grupy. Jednych popędzono w głąb cmentarza i na oczach pozostałych stracono przy pomocy karabinu maszynowego. Oprawcy wrócili do siedmiu skazańców w bramie cmentarnej kazali im uklęknąć i dał się słyszeć okrzyk: „Niech żyje Polska!” – zagłuszony strzałami z karabinu maszynowego. Tych którzy dawali oznaki życia dobito z rewolweru i nastała straszna grobowa cisza. Kaci opuścili miejsce kaźni i butni i pewni siebie spieszyli się bo przecież mieli tego dnia wiele do zrobienia dla swego Hitlera. Tymczasem lud rozbiegł się z kościoła w popłochu. Wszyscy mężczyźni ukradkiem opuścili Piotrkowice chroniąc się po wsiach sąsiednich. W Piotrkowicach zostali tylko słabi i ułomni. Ale na miejscu zbrodni został tylko jeden świadek. Oto ksiądz wikary ukrył się na wieży z krzyżem świętym w ręku modlił się za konających. Mocą swej kapłańskiej władzy udzielił im ostatniego rozgrzeszenia i błogosławił im na drogę wieczną. Niespodzianie na cmentarzu dźwiga się jeden ze skazańców znacząc krwią swe ślady. Chwiejnym krokiem podąża ku ogrodzeniu. O ostry kamień rozbił więzy. Przeszedł przez mur i w pobliskiej sadzawce obmywa swoje rany. Spoczął na chwilę, potem bardzo powoli zaczął oddalać się w kierunku Grabowca, odległego o pół kilometra. Już przebył połowę odległości, widać, że wydobywa z siebie ostatek sił, że za wszelka cenę chce uratować życie. Był jeszcze parę kroków do wsi, tam pewno ocaleje. Niespodzianie wracają kaci z gestapo na cmentarz, prowadza z e sobą kilku ludzi połapanych w Piotrkowicach, aby za ich pomocą pogrzebać pomordowanych. Liczą zabitych i stwierdzają brak jednej ofiary.. Biegają więc wściekli jak dzikie bestie. Zaglądają do grobowców, przeszukują wszystkie miejsca pomiędzy krzyżami i pomnikami, ale na próżno. Nikogo nie znaleźli. Nagle stanęli i wskazują sobie rękami słaniającego się człowieka. Wsiedli do auta i pędzą w kierunku Grabowca. Seria strzałów z karabinu maszynowego i martwe ciało osuwa się na drogę. Tutaj pogrzebano człowieka, któremu zaledwie brakło kilku kroków do ocalenia. Na święto zmarłych stanął na mogile skromny krzyż drewniany. Niewidzialna ręka postawiła go pod osłona nocy. Na krzyżu nie ma żadnego napisu, tylko symbol cierpienia, serce krwawe przeszyte strzałą. Dziś kiedy Ojczyzna jest wolna mogiła tych męczenników nie pójdzie w zapomnienie. Od smutnej rocznicy dzieli nas zaledwie trzy tygodnie. I oto mieszkańcy Piotrkowic i Sędziszowa, bo z stamtąd pochodzą ofiary mordu pragną uczcić spoczywających w mogile skromna manifestacją, w której prawdopodobnie wezmą udział przedstawiciele władz.
Stanisław Bielecki
 
Fragment książki Agnieszki Barłóg pt: „Przystanek Agaty”.
Któregoś wiosennego dnia, gdy szłyśmy z Żakową roz­rzucić gnój na polu, usłyszałyśmy warkot samochodowy i na piotrkowicką drogę wolno jak żółw wtoczyło się oso­bowe auto, a za nim odkryta ciężarówka. Na platformie w szeregach siedzą zrezygnowani mężczyźni o smutnych lub przerażonych wejrzeniach. Za ciężarówką jeszcze dwa osobowe samochody ciągną szosą. Kolumna wozów skręciła w stronę kościoła, ostatni zatrzymał się przed gminą.
Cofnęłyśmy się za dom wójta, przez sztachety płotu ob­serwowałyśmy przebieg wypadków. Trzech Niemców we­szło do gminy. Samochody przyhamowały tuż przy bramie cmentarnej. Z osobowych wyszli sami oficerowie.
—    Chodźmy do prefekta. Z okna korytarza z pierwszego piętra da się wszystko zobaczyć — zdecydowała Żakowa.
Ludzie już wiedzą. Młodzi rzucają widły, lejce i miedzą uciekają w stronę lasu. Przeszłyśmy przez furtkę, jeszcze tylko parę kroków do klasztornych drzwi. Uderzył dzwon strażacki na alarm. U księdza zastałyśmy jego siostrę oraz Karola Racia.  
—    Wyszedłem  niepostrzeżenie  z  gminy,  ten  alarm  to ostrzeżenie chłopów przed łapanką.
Z okna na korytarzu nie było nic widać, przeszliśmy na drewniane schody, które prowadziły z chóru na strych. Tu były dwa niewielkie podłużne wyloty w murze. Przy­warliśmy do nich bez słowa. Czternastu przywiezionych mężczyzn jeszcze siedziało w samochodzie, sama młódź, ani jednego dojrzałego mężczy­zny. Oficerowie w ciszy patrzą w stroną gminy, skąd idą ci z czwartego auta, przy nich Kuszyński i Leonard. Nie­mal krzyknęłam:
—  Patrzcie!  Ten w środku, najwyższy, to szef gestapo w Kielcach.
—  Ciiicho...
Za nim podąża stary Mysior, Zaród i Fiuk, każdy z ło­patą. Wystraszeni. W ciszę wdziera się głos kieleckiego gestapowca, który jednocześnie wskazuje na drzewa. Wójt jest przerażony, w oczach maleje i widać, że się trzęsie. Leonard, zarażony tonem szefa, butnie tłumaczy:        
—  Panie wójcie, jeśli tu nie przyjdzie dziesięciu ludzi, zostanie pan powieszony na tym drzewie, a Piotrkowice pójdą z dymem.
Rać zawahał się przez chwilę i wolno zaczyna schodzić w dół. Ksiądz uchwycił go za rękę.
—  Dokąd? — zapytał.
—  Muszę,  najłatwiej  się schować.  Wieś nie może być spalona.
—  A jak pan zginie?
—  Trudno, zostanie żona i dziecko.
Za Raciem poszedł Stradowski. Wójt zaczął wołać:
—  Ludzie, że mnie powieszą, to niech powieszą! Nie wyj­dziecie, to nas spalą! Słyszycie, spalą!
Dostrzegłam, że od strony Lipek idzie grupka mężczyzn z łopatami: Łabęszki, Klank, Bielecki, Trączyński. Sami ojcowie. Rać ze Stradowskim i kościelnym dołączyli do Mysiora i Zaroda. Na pewno wzięli łopaty z plebanii. Przy­szło także kilka starszych niewiast, ale szef je przepędził. Wystarczył mu w tym celu jeden ruch ręki, który zrozu­miano dokładnie — „precz”. Dzieci podkradają się w krzaki przy płocie ogrodu Łabęszkiego.
Więźniów spędzono z samochodu i wprowadzono za cmentarny mur. Niemcy pokrzykując ustawili ich w równym szeregu. Tam nie ma grobów, na tym kawałku zasiane jest żyto. Chłopcy zdjęli okrycia, jeden z nich miał czarną skórzaną kurtkę, został w białym golfie. Oficer przejrzał garderobę — zniszczone kurtki odrzuca za siebie. Skórzaną i trzy mniej zniszczone odłożył osobno. Chłopcy na rozkaz padli, teraz leżą twarzami do ziemi. Niemcy wyszli, został tylko szef i dwaj oficerowie, na pewno ci sami, co byli z nim w gminie. Szef ruszył spacerkiem od głowy do głowy, zatrzymywał się na krótko, oddawał, strzał i wolno podążał dalej. Nie wiem, co się ze mną stało, że patrzyłam. Każdy ruch szefa, każdy wystrzał zabijał mnie. Tyle razy! Mimo to widziałam wszystko, jak we śnie, który się powtarza. Dwa razy zmieniał rewolwer, podawał, brał, oglądał. Skończył i wraz z dwuosobową asystą wyszedł z cmentarza. Uśmiechał się z ironią, patrzył na stłoczonych ludzi. Co zrobi z nimi? Wyjął błyszczącą papierośnicę (pa­trzyłam na nią z bliska w gestapo, jest srebrna ze złotym monogramem), poczęstował komendanta, Leonarda i swoich oficerów.
—   Patrzcie, jeden z zabitych wstaje... — zaszeptał ksiądz Podisz.
On żyje... Twarz zalana krwią, ale chwiejące się nogi utrzymują ciało. Chłopiec biegnie w dół, przeskakuje mur... Patrzymy na siebie. Czy to możliwe, żeby mu się udało...
—   Módlmy się, módlmy się — szepce ksiądz i szlocha.
Spróbuję doprowadzić go do równowagi.
—   Niech się ksiądz uspokoi. Niedawno mnie ksiądz prze­konywał, że to kulturalni ludzie, z którymi trzeba ruszyć przeciwko diabłowi ze wschodu...
—   Nigdy,  nigdy!  Niech mi pani tego nie przypomina. Zbłądziłem.
Żakowa mnie szarpnęła.
—   On tam idzie przez łąkę, a to przecież bagnisko.
—   Chwieje się. Upadnie...
Nie upadł, szedł dalej. Straszna chwila. Niemcy wrócili na cmentarz. Szef zauważył, że jednego z rozstrzelanych brakuje. Ręką odliczył zwłoki; kiedy skończył, gwizdnął i rozejrzał się dookoła. Oficerowie prężą się przed nim, a on im pokazuje puste miejsce.
Tymczasem chłopiec idzie, widać jednak, że się męczy.
Pobliski las dodaje mu siły. Jest już blisko drogi. Żeby poszedł za górę...
Jeden z oficerów jednak go dostrzegł, wskazał ręką sze­fowi i za chwilę trzasnęły drzwiczki samochodu. Uczyniło się zamieszanie, bo piotrkowiczan wpędzono na cmentarz kopać groby. Niektórzy nie mieli siły zapanować nad swoim przerażeniem. Starzy podnosili rękę do czoła kreśląc znak krzyża.
—   Schnell! Schnell! — popędza ich oficer.
Spojrzałam w stronę uciekiniera. Nie zdąży... Pod lipą dojrzałam kilkoro dzieci, między nimi Stenia. Krew od­płynęła mi do nóg. Rzuciłam się ku schodom. Pewnie prze­szłam przez drogę, a gdy byłam obok ciężarowego samo­chodu, rozległ się strzał.
—   Dopadli go — usłyszałam.
—   Synu, chłopcy, błagam was, chodźmy — usiłowałam objąć dzieci ramionami.
—   Mamusiu, słyszałaś? Zastrzelili...
—   Tak... Chłopcy, idziemy, bo może ich co podkusić i nas także... — bałam się nawet wymówić „zastrzelą".
Kiedy weszliśmy do domu, wybuchnęłam płaczem.
—   Mamusiu, oni tak się wściekli, bo się kończą...
—   Co ty, synku, wiesz...
— Wiemy, proszę pani — przystąpił do mnie Fredzio Mysior — że na froncie ich leją. Tatuś mi powiedział, że panowanie Niemców się kończy. W lutym wyparli ich spod Stalingradu. Armia Radziecka zwycięży. Niemcy się wście­kają, ale my będziemy wolni...
Usłyszeliśmy, że Tonio kogoś woła. Fredzio wybiegł, lecz zaraz wrócił z okrzykiem:
—   Odjechali! Proszę pani! Odjechali!
—   Mamo, pójdę! Puść mnie, nie rób ze mnie niemowla­ka. — Stenio pogonił za chłopcami. Zamknęłam oczy, ale znów widzę tamtą scenę: stoją, klękają i kładą się na ziemi.
Dlaczego   tak   spokojnie,   tak   posłusznie?   „Pobrano   im krew" — wyjaśniali ludzie. Krew, która będzie Niemcom ratować życie. Skrzypnęły drzwi, weszła Żakowa.
—   Co tak siedzisz? Zapal karbidówkę. Boję się zostać sama, będę dziś spać u ciebie. Rozpal, trzeba się czegoś na­pić, piecze mnie w gardle. O, idzie pani Łukawska.
— Wiecie, że o tej samej porze w Chmielniku na żydow­skim cmentarzu zabili szesnastu. Kazali im się rozebrać do naga i do takich strzelali. Ludzie podobno wyli, okrę­cali ich w prześcieradła, żeby nagich nie kłaść do dołu.
Serce zamiera...

Powiększ
Powiększ

« wstecz

Polecamy

Loreto e-religijne.pl Szkoła Głos Karmelu Chmielnik Nasze Loreto Starostwo Nasza Szkoła

Piotrkowice, ul. Kościelna 1, 26-020 Chmielnik, tel. 41 354 90 09